poniedziałek, 24 października 2011

Pokhara

Wczoraj, gdy jeszcze slonce spalo, odpalilismy nasze motory i pojechalismy podziwiac wschod slonca nad Annapurna. Nastepnie nasze piekielne dwukolowce zabraly nas do jaskini Mahendra. Kierunek dyktowal im sam mroczny Wladca Nietoperzy. Mily przewodnik przeczolgal nas pod ziemia po blocie i kamieniach po to, zeby zobaczyc garstke gackow. Dalej juz nie chcielismy zwiedzac.


Dzisiaj rano zbudzil nas przerazliwy placz dzieci dochodzacy z pobliskiego gaju... nie, to byl tylko sen. Sen, o ktorym nigdy nie marzylismy. Tak na prawde, to Joanna zarzadzila pobudke. Jej sukienka powiewala na wietrze, a poranna bryza, jaka od Niej bila, zapowiadala bardzo ekscytujacy dzien. Szalonym tempem zebralismy sie na lekkie sniadanie, po czym udalismy sie pod biuro, z ktorego nepalski taksowkarz (co do jego trzezwosci do teraz mamy watpliwosci), zabral nas na Sarangkot (wzgorze, z ktorego oddalismy skoki na paralotni). Na miejscu powital nas Viktor - Rosyjski astronauta, Olivier - lovelas ze Szwajcarii oraz Brian - surfer z USA. Mieli nas zabrac w niezapomniana podroz wsrod nepalskich gor, co z sukcesem uczynili. Loty byly ekscytujace jak wystep Jimiego Hendrixa w 1969 roku na Woodstocku, czy tez pierwsza edycja Big Brothera w TVN.




Dzien zakonczylismy na lodce wypozyczonej od lokalnego sprzedawcy narkotykow. Jutro rano zabieramy sie z plecakami i udajemy na rafting (znany rowniez potocznie jako splyw rzeka - dla leniwych inteligentnych :)), po czym do stolicy Nepalu, gdzie mamy juz zabookowane bilety lotnicze do Delhi (stolicy Indii :D).

0 komentarze: