adsdasdasfas a sffaw asafsdf fas
czwartek, 21 listopada 2013
środa, 2 listopada 2011
poniedziałek, 24 października 2011
Pokhara
Wczoraj, gdy jeszcze slonce spalo, odpalilismy nasze motory i pojechalismy podziwiac wschod slonca nad Annapurna. Nastepnie nasze piekielne dwukolowce zabraly nas do jaskini Mahendra. Kierunek dyktowal im sam mroczny Wladca Nietoperzy. Mily przewodnik przeczolgal nas pod ziemia po blocie i kamieniach po to, zeby zobaczyc garstke gackow. Dalej juz nie chcielismy zwiedzac.
Dzisiaj rano zbudzil nas przerazliwy placz dzieci dochodzacy z pobliskiego gaju... nie, to byl tylko sen. Sen, o ktorym nigdy nie marzylismy. Tak na prawde, to Joanna zarzadzila pobudke. Jej sukienka powiewala na wietrze, a poranna bryza, jaka od Niej bila, zapowiadala bardzo ekscytujacy dzien. Szalonym tempem zebralismy sie na lekkie sniadanie, po czym udalismy sie pod biuro, z ktorego nepalski taksowkarz (co do jego trzezwosci do teraz mamy watpliwosci), zabral nas na Sarangkot (wzgorze, z ktorego oddalismy skoki na paralotni). Na miejscu powital nas Viktor - Rosyjski astronauta, Olivier - lovelas ze Szwajcarii oraz Brian - surfer z USA. Mieli nas zabrac w niezapomniana podroz wsrod nepalskich gor, co z sukcesem uczynili. Loty byly ekscytujace jak wystep Jimiego Hendrixa w 1969 roku na Woodstocku, czy tez pierwsza edycja Big Brothera w TVN.
Dzien zakonczylismy na lodce wypozyczonej od lokalnego sprzedawcy narkotykow. Jutro rano zabieramy sie z plecakami i udajemy na rafting (znany rowniez potocznie jako splyw rzeka - dla leniwych inteligentnych :)), po czym do stolicy Nepalu, gdzie mamy juz zabookowane bilety lotnicze do Delhi (stolicy Indii :D).
Autor:
Asia
o
05:33
0
komentarze
sobota, 22 października 2011
Nepal
Po zakonczeniu naszej "pielgrzymki" do Varanasi udalismy sie na dworzec klejowy, by kontynuowac nasza podroz z Indian Railways. Pociag, ktory mial wyruszyc o godz. 0:40 czasu lokalnego, zjawil sie na peronie o godzinie 2:10. Wiedzielismy juz co czeka nas z wagonie Sleeper Class, dlatego tym razem szybko uporalismy sie z odzyskiwaniem naszych miejsc lezacych i ruszylismy w trase do Gorakpuru - "miasta, w ktorym nie ma nic ciekawego" - jak glosi nasz przewodnik ksiazkowy ;) Poniewaz nasz przewodnik do tej pory nas jeszcze nie zawiodl, prosto z dworca kolejowego w Gorakpurze przetransportowalismy sie na dworzec autobusowy, gdzie dalismy sie zapakowac (razem z czterema Hindusami na przednim siedzeniu i nepalska rodzinka w liczbie ok 6 osob), do malo wygodnego Jeepa.
Ruszylismy w strone granicy z Nepalem! Po kilku godzinach w super-scisku znalezlismy sie w niewielkiej miescinie, gdzie udalismy sie do "urzedu imigracyjnego", na ktory skladal sie stol, 3 krzesla i trzech starszych wiekiem Hindusow. Po wypelnieniu sterty papierkow moglismy legalnie opuscic Indie. 
Tuz za granica kolejny urzad imigracyjny, znowu sterta papierkow, a na koniec nowa wiza w paszporcie! Jezeli chodzi o Indie, zostalismy juz mistrzami targowania, natomiast okazalo sie, ze w Nepalu nie jest tak znowu latwo. Miejscowi wymyslili sobie zmowe cenowa i nikt nie chcial zejsc z ceny za busa. Nie dalismy sie zmowie i po ok pol godziny mielismy fure za polowe wyjsciowej ceny. Nie byla to jednak najbardziej komfortowa nasza podroz ever, poza tym, przez pierwsze pol godziny jazdy nie bylo widac zadnych gor, a to przeciez Nepal! Jednak, kiedy wjechalismy wreszcie na tereny wyzynne, wszelkie niewygody podrozy zrekompensowaly nam przepiekne widoki! Osniezne szczyty, pola ryzowe, bananowce, ... 

Po zmroku dojechalismy do Katmandu, gdzie w hotelu po raz pierwszy od poczatku wyprawy mielismy ciepla wode (moze nie goraca, ale nie mozna miec od razu wszystkiego ;) Rano ruszylismy na zwiedzanie stolicy, ktora ze swoja liczba mieszkancow - 600 tys, wydala sie wioska przy 20 milionowym Delhi. Poniewaz Dominika dopadla straszliwa choroba turystow, ten dzien spedzilismy raczej spokojnie, zwiedzajac Plac Durbar oraz okoliczne bazary z nepalskim rekodzielem, doskonalac umiejnosci targowania. 


Nepal generalnie okazal sie bardzo fajnym miejscem - znacznie czystszym i spokojniejszym niz Indie. Wprawdzie kierowcy, podobie jak w Indiach naduzuywaja tu klaksonow, ale za to nikt nie chce sobie z nami robic zdjec i nie wciskaja nam na sile rzeczy, ktorych nie potrzebujemy. Nastepnie - tym razem odpowiednikiem naszego PKS'u, ruszylismy do Pokhary, po drodze zatrzymujac sie w Manakamarze, miejscu, gdzie na szczycie gory stoi swiatynia, w ktorej ludzie skladaja krwawe ofiary ze swoich pupili (kozy, koguty itp.) 



Wegetariansko-ateistyczne poglady Karo raczej nie zachecaly jej do wyprawy w to miejsce, ale podczas, gdy czekala sobie na zewnatrz, reszta ekipy obejrzala obcinanie glowy kozla ;/ Potem wybralismy sie na spacer po pobliskiej wiosce i kolejka linowa wrocilismy na dol, po czym ruszylismy w dalsza droge. 



Wieczorem wyladowalismy w Pokharze, ktora znajduje sie nad duzym jeziorem w otoczeniu gor i generalnie jest przeuroczo :) Znalezlismy swietne miejsce do spania- mamy 3 male domki - 1 dla Asi i Dominika i po jednym dla Karo i dla Kuby. Jest goooraca woda, czysta lazienka i widok na jezioro, jestesmy w niebie!


Dzisiaj wypozyczylismy sobie motory i skutery, bo glupio nie skrzystac z okazji, kiedy mozna je wypozyczyc bez posiadania prawa jazdy na motor :D Objechalismy prawie cale jezioro i okolice, a jutro, jesli uda nam sie zwlec z naszych czystych wygodnych lozek, wybierzemy sie na wycieczke motorowa obejrzec wschod slonca! Mamy w planach zaliczyc tez rafting i lot paralotnia, a co, raz sie zyje!




PS. Dla zdrowia codziennie popijamy przywieziona z Indii wode z Gangesu ;D
(spokojnie, oczywiscie przez rurke, boimy sie brudnej szyjki butelki)
Autor:
Asia
o
06:40
0
komentarze
niedziela, 16 października 2011
Varanasi
Indyjskie koleje. Tak jak wspominalismy, z cala luboscia dalismy sie naciac. Zamiast czteroosobowej sypialnej kabiny - 8-smio osobowa czesc wagonu z lezankami. Oczywiscie wszystkie nasze miejsca zajete - srednio przecietnie 5ciu indian (w sensie lokalsow) na jedna lezanke. Rozpoczelismy wiec walke bialego czlowieka z najezdzcami naszych lezanek. Po krotkich bojach udalo nam sie zajac miejsca lezace. Ostateczne watpliwosci pomogl rozstrzygnac odpowiednik naszych SOKowcow - to niesamowite jakie powazanie ma czlowiek z dwa razy wiekszym od siebie karabinem ;)

Varanassi - duchowa i religijna stolica Indii. To tutaj spotkac mozna smiesznych kolesi z dlugimi brodami, paznokciami, noga za glowa lub w innych ciekawych miejscach. Oprocz tego, Varanassi slynie z palenia zwlok i wrzucania ich z powrotem do Gangesu - swietej rzeki. Ciekawa perspektywa oczyszczenia po smierci. Moze nie bylo by to tak szokujace, gdyby kolo wrzucanych zwlok nie kapaly sie zwierzeta (nieustalonej "marki" krowopodobne stworzenia), a zaraz obok nich, myjacy sie ludzie, robiace pranie kobiety. Naszym idolem jest jednak wlasciciel lodzi - ktora plynelismy podziwiac romantyczny zachod slonca nad plywajacymi zwlokami - ktory w ramach relaksu pil wode wprost ze swietej rzeki.
Dzisiaj nocny pociag do Goratpur (mysle, ze tym razem od razu rozpoczniemy od wezwania Hinduskiej wersji G.I. Joe, zamiast toczenia 20-minutowego boju z lokalsami), a potem autobusowa przeprawa przez gory - do Nepalu.
















Autor:
Asia
o
02:21
0
komentarze
